KORZENIE A-26
Podaj mi rękę, bracie mój drogi,
Znad Wisły, Bugu, Naroczy!
Do nas przywiodły cię nowe drogi...
Bracie mój! Popatrz mi w oczy.
Maria Zientara-Malewska.
Starsi mieszkańcy naszego miasta Zakład Elektrotechniki Motoryzacyjnej w Ełku nazywali krótko - "A-26".
Wszystkie zakłady przemysłowe, które powstały w PRL, chociaż w minimalnym zakresie pracowały na cele obronności kraju, w swojej nazwie nosiły literkę "A" i kolejny numer nadany przez ministerstwo obrony. Młodemu pokoleniu ten sam zakład kojarzy się z koreańską firmą DAEWOO FSO sp. z o.o.
Zakład Elektrotechniki Motoryzacyjnej w Ełku powstał w 1945 roku i nazywał się wówczas "Państwowe Przedsiębiorstwo Traktorów i Maszyn Rolniczych". Do zadań tej firmy należał remont poniemieckich traktorów, samochodów i maszyn rolniczych dla potrzeb zorganizowanych Państwowych Nieruchomości Ziemskich, przekształconych w 1950 roku w Państwowe Gospodarstwo Rolne. Pierwszym dyrektorem przedsiębiorstwa był Anatol Rybicki - absolwent Technikum Mechanicznego w Wilnie. Pod koniec kwietnia 1946 roku spotkał on przypadkowo w Ełku swego kolegę z Technikum - Franciszka Nowickiego i z miejsca zatrudnił go w charakterze kierowcy.
Franciszek Nowicki, żonaty z Ireną Charul, przybył do Ełku 26 kwietnia 1946 roku i na stałe związał swój los z tym miastem. Był pierwszym organizatorem Zakładu Elektrotechniki Motoryzacyjnej. Na stanowisku dyrektora przepracował ponad czterdzieści lat. Los, przeznaczenie, przypadek. Za sobą miał półtora roku katorżniczej pracy w charakterze rębacza w kopalni w Doneckim Zagłębiu Węglowym. Został aresztowany w nocy podczas rutynowej kontroli dokumentów. Siedział w więzieniu na Lukiszkach w Wilnie. Więźniów trzymano bez wody. Z pragnienia pili wodę z kałuż. Pewnego dnia, bez sądu i wyroku Sowieci załadowali go do bydlęcego wagonu i zawieźli do kopalni. Po półtora roku udało mu się uciec. Był młody, sprawny fizycznie, silny psychicznie, świetnie zorganizowany wewnętrznie. Przedzierał się przez lasy, pokonywał bezdroża, jechał otwartymi pociągami, czuł się ścigany, goniony, prześladowany... Był to okres zimy, na nogach miał tylko onuce i kalosze. Dotarł do Wilna. Pierwsze kroki skierował do Matki Boskiej Ostrobramskiej, aby podziękować Jej za opiekę i prosić o dalszą pomoc. Wrócił do żony i małego synka - Krzysztofa. Żona miała przygotowaną Kartę Repatriacyjną i pierwszym transportem wyjechali z Wilna. W drodze zmarł ich Krzysio. Przybyli do Ełku. To miasto stało się ostoją i "miejscem na Ziemi".
Po wyjeździe Anatola Rybickiego do Białegostoku, Franciszek Nowicki został nowym dyrektorem zakładu, który w 1951 roku przybrał nazwę Warsztatów Naprawczych Państwowych Gospodarstw Rolnych i mieścił się przy ulicy Słowackiego. W 1953 roku zostałam kierownikiem działu Inwestycyjnego w Okręgowym Zarządzie PGR. Pewnego razu wezwał mnie do siebie dyrektor Okręgowego Zarządu PGR i polecił wprowadzić do planu rozbudowę ełckich Warsztatów Naprawczych. Wszystkie decyzje były scentralizowane, a przerzuty limitów (górna granica kredytu bankowego ustalona odgórnie dla jednostek planujących) z inwestycji rolnych na budowę obiektów usługowych wymagały decyzji ministra. Dostać się do ministra było bardzo trudno. Z pomocą przyszedł mi pewien ministerialny inżynier, który poradził, aby pójść do sekretarki i porozmawiać po litewsku to ona pomoże. I tak się stało. Drzwi do pana ministra stały otworem. W gabinecie siedział bardzo przystojny wiceminister Stanisław Tkaczow. Na moje "dzień dobry" nie odezwał się. Wniosek podpisał, sekretarka postawiła okrągłą ministerialną pieczęć i sprawa z "marszu" została załatwiona. Przywiozłam tytuł inwestycyjny i w gabinecie dyrektora dowiedziałam się, że to nie rozbudowa, a budowa nowej hali niedaleko rzeki na "jakimś tam śmietnisku". Dyrektor był zaskoczony, ja przerażona, a dyrektor Nowicki - szczęśliwy. Byłam niespokojna. Pojechałam do Białegostoku do mądrego i rzeczowego naczelnika Kijowskiego w Banku Inwestycyjnym. Przyznałam się do mojej "machlojki" i wszystko uczciwie opowiedziałam. Naczelnik powiedział: "Udało się pani załatwić, to dobrze. I tak ogałacają ten pani Ełk. Może w przyszłości ludzie będą mieli miejsce pracy".
Pierwotny limit wynosił 50 tys. złotych. Budową zajęli się bardzo energicznie: dyrektor Franciszek Nowicki i kierownik budowy Lulis. Obaj radzili sobie doskonale i wkrótce hala była gotowa. Po pewnym czasie dyrektor podziękował mi i powiedział: "Pani Haneczko, gdyby w pracy coś pani nie ułożyło się, proszę przyjść do mnie..." W życiu zawsze grałam dwiema kartami. Jeżeli nie "wypaliła" jedna z nich, z zanadrza wyciągałam drugą... Teraz w pracy zawodowej miałam w rezerwie kartę dyrektora Nowickiego. Nie musiałam jednak z niej korzystać, ale miałam komfort psychiczny i za to jestem mu wdzięczna...
Franciszek Nowicki żył zakładem pracy,
zagadnieniami produkcyjnymi, reorganizacjami, postępem
technicznym i sprawami swoich pracowników, ich problemami. Wielką
wagę przywiązywał do zewnętrznego wyglądu zakładu i jego
reprezentacji. Stał się człowiekiem legendą. Znał problemy
od momentu położenia fundamentów pierwszego obiektu, aż po
nowoczesne hale produkcyjne, zaplecza pomocnicze, gospodarkę
narzędziami, magazyny i zadania pracowników umysłowych. Nauczył
ludzi dyscypliny,
odpowiedzialności, solidnej pracy. Jako dyrektor bez wyższego
wykształcenia nie bał się zatrudniać ludzi po studiach i o
wysokich kwalifikacjach. Nie czuł się zagrożonym. Należał do
ludzi zamkniętych w sobie. Upór i zdecydowanie były wyryte na
jego twarzy. Potrafił całą
prawdę wygarnąć pracownikowi, często nie przebierał w słowach,
ale nigdy nie był mściwy. W pozornie niedostępnym człowieku
tkwiło dobre i szczere serce.
Na swego następcę wybrał absolwenta Technikum Mechanicznego - Krzysztofa Marcińczyka. Zaproponował mu aby podjął studia. Wprowadził go w arkana zarządzania i przekazał mu swoją wiedzę praktyczną. Odszedł na emeryturę, a wybierając się "w delegację" do Warszawy... umarł na raka płuc.
Anna Boharewicz-Richter
Na zdjęciu: Franciszek Nowicki - pierwszy dyrektor A-26
[ Powrót ]