PALI SIĘ !!!
Co miało się spalić, to już poszło z dymem. Pożar pod koniec maja br. budynku nr 9 przy ulicy Gdańskiej był kolejnym w ciągu ostatnich kilkunastu lat, które miały miejsce w centrum miasta.
Odkąd mieszkam w starym odremontowanym domu, każdy taki wypadek oceniam jako zagrożenie również dla siebie. Całkiem niedawno był pożar po sąsiedzku i pamiętam tę trwogę jaka opanowała mieszkańców okolicznych domów, czy aby pożar nie przeniesie się dalej. Statystycznie rzecz biorąc najgroźniejsze pożary, gdzie dochodzi do zniszczenia więcej niż jednego mieszkania, mają miejsce w starych budynkach. Bloki są na nie odporne, bo są z żelbetu, nie mają drewnianych dachów. Chociaż nie - był też pożar bloku z więźbą drewnianą na Wojska Polskiego. Przyczyny są różne, oprócz ludzkiej bezmyślności - co jest najczęściej - są wypadki losowe, zwarcia instalacji, samozapłon sadzy w kominie, piorun. Jako ludzie przezorni i myślący powinniśmy przewidywać wypadki losowe i stosownie do rachunku prawdopodobieństwa - im przeciwdziałać. Używam liczby mnogiej, bo problem jest natury społecznej, odpowiedzialność za nasze bezpieczeństwo spoczywa na nas wszystkich.
Kiedy mieszkałem w budynku przy ul. Wojska Polskiego, poniżej balkonu była jeszcze stara zabudowa wzdłuż ulicy, między innymi sławna kamienica-rudera stare "Zacisze". Sławna przez knajpę, jakich obecnie nie uświadczysz. I przez lata siedemdziesiąte obserwowało się zjawisko regularnego wysiedlania kolejnych budynków po niewielkich na ogół i niegroźnych pożarkach. Z dużą dozą pewności można było się założyć, że z nastaniem wiosny albo lata znów coś się wydarzy na kolejnym stryszku. I tak zniknęła spora część zabudowy głównej ulicy w mieście. Nie wszyscy jej żałują , a na pewno nie ci, którzy mieszkali w tych kamieniczkach. Bo choć były położone w tak eksponowanym miejscu, to częstokroć z wspólnymi łazienkami na korytarzu, ciemnymi oficynami, czy też od dawna nie remontowanymi i cieknącymi dachami. Potem były pożary na Chopina, znów na Wojska Polskiego, Piłsudskiego, Mickiewicza. Kończyło się to albo remontem kapitalnym albo sprzedażą ruiny.
Jako swego czasu poszukujący mieszkania, interesowałem się - jak sądzę też wielu innych - strychami. Do wielu strychów - o dziwo! - był łatwy dostęp bez żadnych kluczy ani zabezpieczeń. Można było wejść z ulicy wtedy i tak jest nierzadko obecnie. Mniejsza o administrację, ale czy mieszkańcy czują się w takim domu bezpiecznie? Stare domy były budowane w czasach gdy po ulicach chodziło mniej wariatów, a że miasto było mniejsze, to i przypuszczalnie wszyscy się znali z widzenia, to i znali wariatów. Dziś nie wiadomo co może człowieka spotkać na ulicy, tym bardziej więc powinniśmy dbać o bezpieczeństwo miejsca swego zamieszkania. Stare niezamieszkałe strychy są podstawowym zagrożeniem pożarowym w mieście. Te, które adaptowano na mieszkania są pod szczególną ochroną. Przede wszystkim są powygradzane i tak zabezpieczone przed rozprzestrzenianiem się ognia, że nawet jego zaprószenie nie spowoduje spłonięcia całego dachu a co najwyżej lokalne nadpalenie. Zanim adaptuje się strych trzeba go odpowiednio zabezpieczyć i spełnić określone wymagania, co w znakomity sposób przyczynia się do podniesienia bezpieczeństwa pozostałych mieszkańców. Znam też przypadki, gdzie wspólnoty nie zgodziły się na adaptację strychów na mieszkania. Zapewne w obawie o uciążliwości z tym związane, ale nikt nie uświadamiał im, że sami sobie stwarzają zagrożenie, nie interesując się co może stać się z ich otwartym strychem. Więźba dachowa tradycyjnie była nasączana jakimiś środkami impregnacyjnymi. Najczęściej była to ropa, a po rozkwicie motoryzacji - przepalony olej silnikowy. Doskonałe środki przeciw grzybom i kornikom, ale zwiększające łatwopalność drewna. Drewno żywiczne ponad stuletnie płonie jak pochodnia, do tego rupiecie i klamoty na strychu, stare szmaty, papiery, drewniane przepierzenia utrudniające przechodzenie, a nie stwarzające żadnej przeszkody dla płomieni. Takie są na ogół obrazki na strychach, rzadko zdarzają się posprzątane i właściwie zabezpieczone. Cały czas piszę o strychach komunalnych, inaczej się ma sprawa z budynkami spółdzielczymi i prywatnymi. Strychy służą za suszarnie kiedy są czyste, bo szkoda prania na taki pokryty sadzą.
Wiele starych budynków było budowanych w czasach gdy obowiązywały inne przepisy w zakresie ochrony pożarowej, albo ich może nie było. Najważniejsze kiedyś było nie stwarzanie zagrożenia sąsiadowi, oddzielanie się ogniomurami od szczytów, mniejszą wagę przywiązywano do bezpieczeństwa wewnątrz budynku. Teraz przepisy są bardziej rygorystyczne, bo zagrożeń jest relatywnie więcej. Nie wiem jak sobie radzą firmy ubezpieczeniowe, a każdy pożar to przecież dla nich wymierna strata. To one w pierwszym rzędzie są zainteresowane w zmniejszeniu ryzyka pożarów. Nie sądzę jednak, żeby ubezpieczyciel kalkulował stawkę ubezpieczenia poniżej kosztów własnego ryzyka. A więc to my przezorni i nieprzezorni ponosimy koszty czyjejś głupoty albo draństwa.
Po pożarze pojawiają się opinie czy remont budynku po pożarze jest zachętą do wzniecania dalszych pożarów. Opinie te powstają wśród ludzi, których jednak problem nie dotyczy. Zasadniczo inne jest spojrzenie tych których dotknęło nieszczęście. Pomoc tym ludziom jest poza dyskusją, tylko czy odtwarzać to co było ponownie i znów czekać na następne nieszczęście, czy już robić tak, aby wykluczyć możliwość powstania pożaru albo podpalenia. Na zdrowy rozum nie ma wyboru. Budynek na Gdańskiej będzie odremontowany. Nie jest to wielki problem finansowy dla miasta.
Postawię taką tezę, że za "koszt jednego niedużego pożaru" można by zabezpieczyć pozostałe budynki komunalne w taki sposób, aby wyeliminować możliwość powstania pożaru na strychach przez następnych kilkanaście lat. A jest co robić naprawdę. Nie trzeba powoływać specjalnych komisji, a wystarczy pomyśleć jakimi najprostszymi metodami można ograniczyć rozprzestrzenianie się ognia na wielkich jak stodoła strychach, jak ograniczyć dostęp do pomieszczeń i miejsc, gdzie nie powinni przebywać ludzie obcy spoza budynku. Może tak raz powinniśmy być mądrzy przed szkodą. Mnie przyczyny konkretnych pożarów nie interesują, bo tam gdzie pożarów nie ma - ktoś najpierw pomyślał zanim zrobił, a tam gdzie one się zdarzają tam króluje ludzka bezmyślność.
Mirosław Zadroga
Na zdjęciu: Budynek przy ul. Gdańskiej 9,
który palił się w nocy z 24/25 maja br.
[ Powrót ]